Ostatnio sporo się dzieje – choć to zabrzmiało, jakby kiedyś działo się mniej. 🙂 Faktycznie, moje życie zawodowe i prywatne pędzi bardzo szybko. W ciągu ostatnich kilku lat na moim blogu napisałem kilka notatek z moimi osobistymi przemyśleniami, a to jest jeden z tych artykułów. 🙂

Poprzednie dotyczyły różnych sfer życia zawodowego i prywatnego. Między innymi była to sugestia – Proszę Cię nie idź na studia. Później napisałem Przepraszam, nie nauczyłem się, następnie Chwalmy Pana, a ostatnim był artykuł Odpuść.

Od kilku dni chodzą mi po głowie różne rzeczy. Finalną inspiracją był artykuł Jacka Kłosińskiego – Przez 3 dni próbowałem zostać pracoholikiem. Artykuł zabawny i przyjemny w formie. To styl treści, który chciałbym zacząć tworzyć 🙂

O co więc chodzi w tytule? Otóż przez kilka ostatnich miesięcy bardzo dużo pracuję. Kilkukrotnie więcej niż kilka lat temu. A wcale nie zarabiam znacznie lepiej. Zacząłem też opracowywać swoją prezentację na konferencję Influencer Live Poznań 2019 o tytule: Case study porażki czyli jak NIE zarobiłem 250 000 zł.

Odkryłem w sobie dziwne poczucie wyrzutów sumienia, spowodowane tym, że zacząłem od kilku tygodni mocno na to zwracać uwagę i pracować po prostu mniej. Szukając informacji dalej zauważyłem, że jest sporo różnych rzeczy, przez które czuje się źle, choć… nie powinienem.

Opowiem Ci o konkretach 🙂

Nie czuje (już) wyrzutów sumienia…

… że nie mam budzika i śpię tak długo jak chce.

Pracuje w wolnym zawodzie. Prowadzę agencję marketingową. Zatrudniamy od kilku do nawet -nastu osób. Oprócz tego jestem zaangażowany biznesowo w kilka innych projektów. Lubię robić dużo. Sprawdzać. Testować. Uczyć się w praktyce.

Przez kilka lat pracowałem w korporacji gdzie spóźnienie było karane bardzo często finansowo. Budzik był świętością.

Przechodząc na swoją działalność zacząłem pracować dosyć podobnie. Bardzo polubiłem pracę rano. Głównie dlatego, że nikt nic ode mnie nie chciał, mogłem spokojnie pracować. Ale nadal zrywałem się każdego dnia z budzikiem, wkurzając żonę, aż nagle zacząłem czuć się źle. Okres przesilenia jesiennego bardzo na mnie oddziałuje, w wyniku czego nie jestem w stanie pracować na takich samych obrotach.

Któregoś roku po prostu odpuściłem. Wyłączyłem budzik i uznałem, że jeśli mój organizm potrzebuje odpoczynku, to tak też się stanie. Co ciekawe, już po kilku tygodniach zacząłem wstawać… wcześniej niż z budzikiem! Mój organizm sam się reguluje. Ale ma to trochę wad. Regularnie zdarza mi wstać później, np. o 8:30, i w biurze być o 9. Dużo częściej wstaję o 4:45, bliżej 5:15. Czasami pójdę na siłownię, czasami nie. Czasami zostanę sobie dłużej w domu i zjem z żoną śniadanie, a czasami pójdę sobie na śniadanie z klientem.

Ale najważniejszą zmianą było to, że przestałem czuć wyrzuty sumienia wynikające z tego, o której godzinie wstaję. Uważam, że to dla mnie po prostu zdrowsze. Faktem jest, że chodzę wcześnie spać (bardzo wcześnie), ale od blisko 2 lat nie używam budzika.

No ale jako to! Powie ktoś! Zespół przychodzi o 8, a szefa nie ma? No nie ma. I co z tego? Według pliku, który prowadzę dla siebie i tak pracuje blisko 200 godzin miesięcznie (licząc wszystko, co wykonuje w ramach działalności wokół pracy), a w niektórych z nich około 60. I to wciąż spoko. Mogę.

… że marnuje czas.

Na co dzień zajmuję się produktywnością. Lubię dobrze wykorzystywać czas. Długo nie mogłem sobie poradzić z tym, że wieczorem zamiast robić coś rozwojowego lub ważnego po prostu leżę na łóżku i oglądam seriale. I to te najgłupsze! To takie marnowanie czasu.

Albo że czasami zamiast jechać komunikacją miejską idę spacerem słuchając muzyki. Przecież mógłbym zrobić setki lepszych rzeczy! Szybciej dojechać do biura i szybciej zacząć robić zadania. Albo słuchać podcastów – przecież to produktywne! UCZYĆ SIĘ! ROZWIJAĆ!

A teraz czasami siedzę na parapecie w biurze z kawą i patrzę, jak liście lecą z drzew. I nie robię zupełnie nic.

I ponownie, nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Bo w życiu jest tak, że raz pracuje się długo i ciężko, a czasami można po prostu odpuścić i odpocząć. Wszystko sprowadza się do równowagi. Jeśli mój organizm mówi mi, że jest źle i potrzebuje odpocząć, to po prostu… daję mu odpocząć. W efekcie mam wrażenie (a nawet konkretne dowody), że dzięki temu jestem znacznie bardziej produktywny – robię więcej i mam z tego więcej frajdy.

… że bywam paskudny.

Lubimy być mili dla ludzi. To przecież takie niegrzeczne odezwać się do kogoś niemiło. W szczególności kiedy jest się czyimś szefem. Wtedy oczekuje się od Ciebie, żeby zawsze być profesjonalnym, dobry, dokładnym i uprzejmym.

A ja mam to trochę gdzieś.

Jestem człowiekiem. Mam prawo czuć się nieszczęśliwy i zmęczony. Mam prawo wkurzać się, że umówiona praca nie jest realizowana. Mam prawo czasami być dla kogoś niemiły. I choć staram się zachować w tym rozsądek, to nie mam wyrzutów sumienia, że czasami odezwę się niemiło. Że nawet na kogoś krzyknę. Oczywiście staram się przeprosić, jeśli było to niesprawiedliwe lub wynikające wyłącznie z mojego złego samopoczucia. Z drugiej strony nie czuję wyrzutów sumienia, że tak się poczułem.

Stąd blisko też do kolejnego miejsca:

… że bywam smutny.

Zazwyczaj kryłem się ze swoimi emocjami. Przecież to Michał. Michał pozytywny. Michał żartowniś. Michał zawsze ma śmieszną anegdotę do opowiedzenia.

A wcale tak nie jest. Od 325 dni badam swoje uczucia – dokładnie o godzinie 8, 15 i 22 aplikacja na telefonie pyta mnie, jak się czuję w skali od 1 do 6.

I zazwyczaj czuję się na trójkę. Po prostu neutralnie. Moje życie (chyba) nie nadaje się na instagrama. Nie potrafiłbym pokazywać mojego życia na czas hiper-emocji, bo ono tak nie wygląda. Owszem, zdarza się mnóstwo szczęśliwych chwil. I zazwyczaj mam bardzo pozytywny nastrój. Ale równocześnie jest po prostu neutralnie. Ani źle ani turbo dobrze. Po prostu jest.

I to jest dobre. Przestałem odczuwać wyrzuty sumienia, że nie jestem wiecznie szczęśliwy. Bywam smutny, zdarza mi się źle czuć i to wciąż jest ok!

… że nie szanuje autorytetów.

Od blisko 2 lat (!) regularnie spotykam się z moją grupą mastermindową (czym jest okr i jak stosujemy go w ramach mastermind przeczytasz tutaj). Grupa nam się mocno zmieniła – kilka miesięcy temu dołączył Artur, którego pracę mocno podziwiam. Sprawdź też jego bloga – pisze sporo o pracy zdalnej. Artur kiedyś powiedział mądre zdanie o mnie: “Michał, bo Ty zbudowałeś swój charakter na odrzucaniu autorytetów i samodzielnym sprawdzaniu założeń”.

I faktycznie muszę mu przyznać rację. Przez całe życie mam problem z „wiarą w ludzi”. Doceniam różne osoby za to co robią, ale wciąż trudno mi całkowicie im zaufać. Jeżdżąc po konferencjach i szkoleniach zauważyłem, że coach, szkoleniowcy czy prelegenci. choć potrafią pięknie opowiadać. bardzo często… sami nie potrafią tego zastosować w praktyce. I czytam te kolejne książki i oglądam kolejne szkolenia i mimo kilku prób ciężko mi zaufać w czyjeś rady w 100%. Iść śladami. Stać się wyznawcą. Naśladować. I nie czuję już z tego powodu wyrzutów sumienia. Utarłem swoją ścieżkę. Uczę się trochę na swoich błędach. Znam swoją wartość. Uczę się od innych i biorę odpowiedzialność za swoje błędy.

Wcale nie potrzebuje mentora. Nie muszę biec za innymi.

To trochę jak z maratonami. Nie muszę gonić tego najszybszego. Wystarczy, że wygram sam ze sobą i po prostu przebiegnę ten maraton zwany życiem (ale weszło mi mądre zdanie!)

… że ponoszę porażkę

To chyba najtrudniej mi przyszło, bo żyjemy w świecie sukcesów. Nikt nie mówi o tym, że mu nie wyszło.

A przecież porażka jest nieodłącznym elementem osiągania sukcesu! Nie da się przejść przez życie nie popełniając błędów. Krzywa uczenia się mówi o tym, że na początku następuje szybki przyrost umiejętności, a potem… niechęć i spadek, by następnie zrobić kolejny skok do przodu. To jak z siłownią. Na początku jest faza ekscytacji – bo z treningu na trening możesz podejść i zrobić więcej, ale… po kilku dniach lub tygodniach przychodzi kryzys.

I do niedawna każdy kryzys był dla mnie totalną masakrą. Dlaczego znowu mi nie wyszło? Dlaczego zamiast chudnąć – znowu przytyłem?

Odbierało mi to siły. Nasza polska mentalność też nam nie pomaga. Bo czy gdy osiągamy sukces, to potrafimy się nim cieszyć? Ostatnio spotkałem młodego chłopaka, który będąc jeszcze w szkole założył własną firmę, która przynosiła mu sporą satysfakcję i śmiało można powiedzieć, że działał z sukcesami. Ale opowiadał o tym z zawstydzeniem. Używał takich sformułowań jak „udało mi się” albo „jakoś tak wyszło„. Nic samo nie wyszło. Nic samo się nie stało. Nikomu nic się nie udało.

Nie pozbawiajmy się sprawczości! Za każdą udaną akcją stoją godziny, jak nie miesiące pracy i nauki. Cieszmy się z sukcesów! Ale równocześnie nie bójmy się przyznać – nie wyszło mi. Zrobiłem coś źle.

Ostatnio zmuszony trochę sytuacją gospodarczą, popełnionymi błędami i brakiem pomysłów musiałem zamknąć jedną z moich firm. Bardzo to przeżyłem. Swojego czasu o projekcie było dosyć głośno. Wydawało mi się, że na czymś się znam. Że wiem co i jak chce zrobić, aby osiągnąć sukces. Ale się przeliczyłem. Projekt z perspektywy czasu mogę ocenić jako słaby. No nie poszło.

No trudno.

Żyje się dalej.

Ale takich projektów, które nie wyszły jest więcej. Właściwie każdego miesiąca zamykam (mentalnie lub fizycznie) jakąś zajawkę, jakiś projekt. Bo nie wychodzi. Bo się uczę. I przestałem się tym przejmować.

To bardzo wyzwalające uczucie. Pozwolenie sobie na czucie się źle, na spanie, odpoczywanie, czy nie robienie nic. Bo życie jest zbyt krótkie, żeby przejmować się tym, co inni o nas pomyślą.

Cześć! Bardzo mi miło, że czytasz mojego bloga. Chciałbym informować Cię o nowych artykułach, a moi subskrybenci otrzymują też coś ekstra. Chciałbyś się przekonać co to takiego?

Ciągle brakuje Ci czasu?
Zyskaj dodatkowe godziny
Pobierz darmowe narzędzia, które nauczą Cię produktywności!
POBIERZ NARZĘDZIA
close-link