Wygrałem z moim ekshibicjonizmem emocjonalnym!

Czy słyszałeś kiedyś takie pojęcie jak ekshibicjonizm emocjonalny? Nie? Naprawdę nie? No tak, sam wymyśliłem je chwilę temu. A dlaczego? Chciałbym opowiedzieć Ci o trendzie, który lekko mnie przeraża.

Szkodliwość social media

Od kilku lat pracuję w internecie. Pracuję zdalnie, a moja firma ewoluowała do sytuacji, w której faktycznie do niektórych projektów zapraszamy ludzi z całego świata. Kiedy pracowałem jeszcze na etacie (a o tym, jak cieszyłem się kiedy przestałem tam pracować przeczytasz tutaj) jednym z moich zadań należało występowanie publiczne.

Bardzo to lubię, sprawia mi to dużą przyjemność i podobno całkiem nieźle sobie radzę – tak mówią osoby, które biorą udział w szkoleniach czy wykładach.

Obserwuję w sieci wiele osób – traktuję ich jako mój benchmark, jako swoisty punkt odniesienia. Większość z tych osób jest wyjątkowo aktywna w sieci. Uznałem, że ja też tak muszę.

Wiesz o co mi chodzi. „Jak Cię nie ma na facebooku, to nie istniejesz”.  „Bez live’ów na instagramie znikniesz z pamięci ludzi w dwa tygodnie”. „Social media są po to, żeby pokazać ludzką twarz – pokazuj tam swoje życie prywatne”. „Wszyscy to robią, nie może tam Ciebie zabraknąć”.

Zasadniczo nigdy nie czułem potrzeby pokazywania swojego życia publicznie. Choć w kontakcie osobistym jestem mocnym ekstrawertykiem, to mimo wszystko mam w głowie dosyć duże bariery opowiadania o swoim życiu prywatnym.

Ale przecież wszyscy to robią.

W pewnym momencie zauważyłem, że sporo czasu spędzam na scrollowaniu facebooka, przeglądaniu instagrama i planowania co mógłbym z mojego (chyba na co dzień dosyć nudnego) życia publikować.

No ale skoro wszyscy to robią, to i moja obecność jest tam niezbędna.

Próbowałem, wrzucałem, opowiadałem, streamowałem. Powoli czułem, że wpływa to na moje relacje interpersonalne z ludźmi. Kiedy pojechaliśmy na Filipiny na 5 tygodni zaskoczyło mnie to jeszcze mocniej. Tam na porządku dziennym jest robienie sobie selfie z byle okazji. Spotkanie na ulicy? Selfie. Wejście do galerii handlowej? Selfie. Obiad ze znajomym? Obowiązkowo wspólna fotka.

Czułem się tym dosyć mocno przytłoczony.

Ale cisnąłem dalej.

Kilka tygodni później ponownie sprawdziłem swoją aplikację, która pokazuje ile godzin spędzam w jakich aplikacjach. Okazało się, że miesięcznie spędzam blisko 24 godziny na Facebooku i ponad 18 godzin na Instagramie.

Nie czułem się dobrze próbując udowodnić całemu światu, że moje życie codzienne jest ciekawe. Stresowałem się małą ilością like’ów i nierosnącą liczbą obserwujących. Zmieniałem więc format, pisałem inaczej, wrzucałem inne zdjęcia.

Poczułem się uzależniony.

Na świecie istnieje już wiele badań dotyczących wpływu social mediów na nasze życie. O tym, jak piękni mężczyźni (i tylko tacy) i idealne kobiety (innych nie ma na instagramie) powoli zaburzają nasz własny obraz swojej osoby. Te badania mówią też o tym, że sami się w tym zatracamy. W jednym z nich czytałem nawet o przykładzie osoby, która potrzebowała leczenia psychiatrycznego, ponieważ nie potrafiła żyć tak pięknie, jak… na swoim instagramie.

To nasza  codzienność, z którą mózg sobie nie radzi. Ilość komunikatów, reklam, zdjęć, innych ludzi. To wszystko przytłacza.

I sam siebie oszukiwałem. Przecież to moja praca. W outspace. zajmujemy się między innymi marketingiem restauracyjnym i prowadzeniem social media. 

Z dnia na dzień podjąłem decyzję że…

Usuwam wszystkie kanały social media

Moment odwyku był szalony. Nagle w autobusie nie mam co robić. Nie przychodzą powiadomienia. Nie mam “kontaktu ze światem”.

Czułem wręcz FIZYCZNY przymus ponownego zainstalowania aplikacji. W dodatku nadal robiłem zdjęcia. Robiłem, ale nigdzie ich nie wrzucałem. Czułem się dziwnie, że nikt nie podgląda mojego życia.

Kilka osób nawet napisało do mnie prywatną wiadomość (z oczywistych względów nie udało mi się uciec przed aplikacjami, takimi jak messenger czy whatsapp) z pytaniem, czy wszystko u mnie ok, bo tak nagle zniknąłem.

Najdziwniejsze były odczucia fizyczne i psychiczne. Zacząłem lepiej spać (!), głównie dzięki temu, że nie miałem żadnego powodu, aby przeglądać telefon. Zacząłem też więcej czytać. Po kilku dniach nie miałem już odruchu porannego sprawdzania wiadomości.

Co ciekawe, ilość interakcji uzależnia. Jeśli nasz post widzi dużo osób i zostawia like czy komentarz, nasz organizm produkuje hormony nagrody. A dopamina bardzo silnie uzależnia. Z drugiej strony, brak tych aktywności produkuje kortyzol, czyli hormon stresu. W efekcie sami sobie fundujemy huśtawkę nastrojów.

W książce Anty-social (której nie polecam, bo mnie osobiście mocno znudziła i jest niezwykle jednostronna) pada nawet argument, że w Facebooku jest specjalny zespół, który tak tworzy algorytm, aby ta nagroda (w formie ilościowej) była nieprzewidywalna, przez co uzależnia jeszcze silniej (nie wiesz kiedy dostaniesz pozytywny bodziec).

Jak sytuacja wygląda dziś?

Nie czuję się z tym źle. Oczywiście obecność online jest nieunikniona w moim zawodzie, ale wiem, że muszę zachować dystans i regularnie robić sobie detoks, odcinając się od kanałów social media.

Równocześnie wolę przerzucić komunikację w formie zbliżonej do 1 na 1. Ostatnio dużo radości sprawia mi pisanie newsletterów.

Jesteś zapisany? Poniżej znajduje się formularz, który Ci to umożliwi 🙂

3
1 gwiazdka2 gwiazdki3 gwiazdki4 gwiazdki5 gwiazdek
(Bądź pierwszym, który oceni!)
Loading...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.