Jeśli mam być szczery: liczby są ciekawe… ale same w sobie niewiele uczą. Dopiero wtedy, gdy rozumiesz dlaczego się wydarzyły i co je napędza, możesz z tego zrobić swój system.
W 2025 moja mała firma wygenerowała 777 000 zł przychodu brutto. W grudniu było prawie 100 000 zł. I teraz najważniejsze: to nie jest historia o tym, że nagle zacząłem pracować dwa razy więcej albo „odkryłem sekretny produkt”.
To jest historia o zmianie modelu – takiej, którą freelancer może wdrożyć, jeśli przestanie myśleć o sobie jak o osobie „od zadań”, a zacznie myśleć jak o kimś, kto wprowadza porządek w cudzym chaosie.
Jeśli chcesz zobaczyć liczby i pełną logikę krok po kroku, obejrzyj materiał wideo z rocznym raportem — tam to pokazuję na przykładzie, bez teorii.
Przychód to nie jest „ile zarabiasz”
Zacznijmy od fundamentu, bo bez tego wszystkie dyskusje o „wynikach” są bez sensu.
Przychód brutto firmy to nie jest „wypłata”. To kwota przed podatkami, kosztami, ZUS-em, VAT-em i całą resztą. Jeśli tego nie rozdzielasz, bardzo łatwo wpaść w dwie pułapki:
- albo patrzysz na cudze przychody i myślisz „ja nie mam szans”,
- albo gonisz przychód, który rozwala Ci życie i zdrowie.
Dojrzałe podejście wygląda inaczej: najpierw liczby porządkują myślenie, dopiero potem budują decyzje.
Dwie różne historie w jednym roku
W tym samym 2025 masz dwa światy.
Pierwsze miesiące były wyraźnie słabsze. A potem, w ostatnich czterech miesiącach, zaczęło się regularne przebijanie czegoś, co kiedyś było „wielkim celem”: okolice 100 000 zł miesięcznego przychodu.
I teraz najciekawsze pytanie brzmi nie: „jak zwiększyć przychody?”, tylko:
co musiało się zmienić w usłudze, żebym nie musiał dokładać godzin?
Bo jeśli jedyną dźwignią jest czas, to prędzej czy później dobijesz do ściany.
„Chaos premium”: klienci płacą za porządek, nie za robotę
To jest moment, w którym wielu freelancerów robi największy błąd: sprzedaje wykonanie.
Klient mówi: „zrób mi posty”, „ustaw kampanię”, „zmontuj film”, „napisz tekst”.
Freelancer bierze zadanie, dowozi, wystawia fakturę. Koniec.
Tylko że klient — szczególnie ten lepszy — nie kupuje „zadań”. Klient kupuje:
- spokój,
- przewidywalność,
- proces,
- kontrolę,
- jasne decyzje.
W praktyce to często znaczy, że największą wartością nie jest to, co klikniesz w narzędziu, tylko to, że potrafisz powiedzieć:
„Dobra. Układamy to. Wybieramy narzędzia. Ustalamy zasady. Robimy harmonogram. Wprowadzamy akceptację. Mierzymy efekty. I dopiero wtedy działamy”.
To jest przejście z wykonawcy do partnera. I to jest moment, w którym rośnie stawka — bez rośnięcia chaosu.
Rekurencja: wyjście z kołowrotka
Model „projekt — faktura — kolejny projekt” jest jak bieganie na bieżni, która przyspiesza.
Co miesiąc musisz:
szukać → sprzedawać → negocjować → dowozić → gasić pożary → zaczynać od zera.
Jeśli chcesz stabilizacji, potrzebujesz rekurencji. Czyli sytuacji, w której klient płaci co miesiąc, bo:
- dostaje wartość,
- ma proces,
- widzi sens kontynuacji,
- i nie chce wracać do chaosu sprzed współpracy.
Rekurencja nie musi oznaczać „abonamentu na wszystko”. Czasem wystarczy prosta umowa: konkretny zakres, konkretne KPI, konkretny rytm pracy.
System zamiast rocznych celów: projektowanie życia
Na przełomie roku wszyscy piszą cele. I zwykle kończy się tak samo: luty i po zawodach.
Ja podchodzę do tego inaczej, bo cele typu „milion przychodu” są dla większości ludzi… oderwane od życia.
Lepsze pytanie brzmi:
ile mi naprawdę wystarczy — i czego nie chcę poświęcić, żeby to mieć?
Bo „więcej” często oznacza:
więcej spotkań, więcej ludzi, mniej elastyczności, więcej stresu, mniej workation, mniej spokoju.
I nagle okazuje się, że problemem nie jest „dlaczego nie mam 200k”, tylko:
co by mnie kosztowało 200k i czy ja w ogóle chcę za to płacić swoim życiem?
Metryki, które pilnują zdrowego biznesu (a nie ego)
Jeśli mam Ci coś polecić jako praktykę freelancera, to nie „dashboard przychodu”, tylko kilka prostych wskaźników, które pilnują jakości systemu.
- Przychód na godzinę (czyli efektywność, nie zapieprz)
- Udział przychodu rekurencyjnego (czyli stabilność)
- Poziom współpracy z klientem (czyli koszt psychiczny)
- Liczba dni wolnych w miesiącu (czyli czy firma finansuje życie)
- Zadowolenie w skali 1–10 (czyli czy to wciąż ma sens)
To nie są „miłe dodatki”. To jest system alarmowy, który mówi Ci wcześniej, że coś się psuje.
Mini-wyzwanie na 48 godzin: policz swój minimalny „spokojny” model
Jeśli chcesz wejść w 2026 rozsądnie, zrób coś prostego i brutalnie uczciwego:
- Opisz, jak chcesz żyć: ile pracy tygodniowo, ile wolnego, jaki rytm dnia.
- Policz budżet: mieszkanie, jedzenie, transport, rozwój, oszczędności.
- Dodaj bufor (inflacja/zdrowie/niespodzianki).
- Sprawdź, ile godzin musisz pracować, żeby to dowieźć w obecnym modelu.
- Jeśli wychodzi absurd: nie dokładaj godzin. Zmień model (stawki, pozycjonowanie, rekurencja, selekcja klientów).
To jest moment, w którym zaczynasz „projektować życie”, a nie gonić cyferki.
Co możesz skopiować z tej historii jako freelancer
Nie musisz mieć „magicznego produktu”. Nie musisz być celebrytą. Nie musisz pracować 80 godzin tygodniowo.
Musisz zrobić trzy rzeczy:
(1) przestać sprzedawać wykonanie, zacząć sprzedawać porządek,
(2) budować rekurencję, żeby przestać zaczynać od zera,
(3) pilnować metryk, które chronią system i życie.
Jeżeli ten sposób myślenia jest Ci bliski i chcesz to przekuć w praktykę (bez spiny, ale konsekwentnie), to zajrzyj do Strefy Geekwork. To jest miejsce, w którym układamy freelancing „po ludzku”: procesy, modele współpracy, rekurencja, narzędzia, a przede wszystkim zdrowe podejście do pracy i życia.





